Kajakiem z Turcji do Samos.

Jarek Frąckiewicz


Moje zeszłoroczne kajakowanie w Turcji przebiegało brzegami Morza Marmara, przez Cieśninę Dardanele i wzdłuż zachodniego wybrzeża, aż po Zatokę Edremit, w której spływanie kończyłem. W sierpniu tego roku ruszyłem ponownie na wybrzeże tureckie. Rozpoczynając ze znanego mi Orenu, spodziewałem się, że płynąc wzdłuż brzegów, dotrę do Kusadasi. Do pokonania był dystans około 300 km. Rzeczywiście, taką odległość przepłynąłem, tyle tylko, że w Kusadasi znalazłem się w sposób dość niezwykły. Zdumiewająca przygoda, która mnie w ostatnich dniach pływania na morzu spotkała, może być przyczynkiem uzmysławiającą bliżej specyfikę pływania po morzu, którą ja, lądowy kajakarz z pokorą odkrywam.

Moje pływanie morskie w zeszłym roku przynajmniej w jednym były proste - wiadomo było gdzie płynąć. Płynąc na zachód miałem zawsze brzeg z prawa, a z lewa zatłoczony ponad miarę tor wodny. Dla kajakarza było miejsca pośrodku aż nadto i do brzegu niedaleko. Skręciwszy w lewo na południe, sytuacja zmieniła się o tyle, że teraz brzegi miałem z lewa, a prawą stronę wyznaczały niezbyt dalekie greckie wyspy. A gdy znalazłem się na Zatoce Edremit, całą zatokę widziałem jak na dłoni, nie było gdzie się pogubić. Z takimi doświadczeniami w nawigacji wypływałem tego roku z Orenu.

Pozornie sytuacja w tym roku była taka sama. Cała nawigacja miała się sprowadzać do trzymania się brzegów, znajdujących się zawsze z lewej strony i unikania greckich wysp usytuowanych daleko z prawa. Tegoroczne spływanie pokazało jak dalece byłem naiwny w swoich nawigacyjnych wyobrażeniach. Codziennie spotykałem się z nową sytuacją na morzu, która korygowała moje wcześniejsze rozumienie pływania wzdłuż brzegów. Mogę je teraz przedstawić, relacjonując historię spływu z konieczności ograniczoną do wybranych kilku odcinków przebytej trasy, w których formuła trzymania się brzegu, praktycznie co i raz musiała być inaczej rozumiana. O czterech z nich, najważniejszych, zamierzam opowiedzieć.

Bardzo bezpiecznie i łatwo płynęło się na pierwszym odcinku szlaku, rozpoczynającym się z Orenu i prowadzącym aż po Zatokę Dikili. Wystarczyło każdego dnia być o brzasku na morzu, by na spokojnej i cichej wodzie, przemierzać przestrzenie, sprawdzając raz po raz na mapie przebytą drogę. Niemniej doświadczenia pierwszego dnia i następnych pokazały, że pływanie brzegiem morza, nie może być potraktowane dosłownie, jako trzymanie się blisko brzegów. Z samego początku miałem przed sobą urozmaiconą, powyginaną zatoczkami linię brzegów Zatoki Edremit. Te wszystkie "nierówności", niezbyt jeszcze głębokie, należało przecinać płynąć na wprost, co wymagało oddalenia się od zawsze widocznego brzegu. Widząc gdzie jestem, śmiało wypływałem na wody Zatoki Edremit, zmierzając prosto do Alibey, miasteczka znajdującego się tuż za groblą, oddzielającą wody zatoki od otwartego morza.

Na morzu sytuacja niewiele się zmieniła. Płynąc na skróty, przecinałem długie ciągi płytkich zatoczek, wypływając nawet na parę kilometrów od brzegów ale nie wiązało się to z ryzykiem. Z prawej towarzyszyła mi nieodłącznie bryła greckiego Lesbosu. Wyspa być może chroniła mnie w tym czasie przed nie sprzyjającymi wiatrami, bo morze było nadal cały czas spokojne. Wydawało się, że tak już będzie do końca .Takie przekonanie umacniało dodatkowo łatwe przejście przez Zatokę Dikili. Różniło się ono od pływania z poprzednich dni tym, że na tej zatoce oddaliłem się od brzegu na znaczną odległość, mając wokół siebie tylko wiatr i morze.

Do tej zatoki dopłynąłem późnym popołudniem. To już nie była jakaś tam zatoczka, lecz duża, rozległa przestrzeń wodna. Z kajaka widziałem zarysy przeciwległego brzegu zatoki, od którego dzieliło mnie może pięć, sześć godzin płynięcia. Pomimo wspaniałej pogody, korzystnego wiatru zadecydowałem, że lepiej będzie jeżeli przepłynę całą zatokę za dnia, poszukiwania biwaku w mrokach wykluczyłem. Dobijam zatem do brzegu, ląduję na plaży niezbyt ładnej, z której widać dalekie Dikili, a zaraz po jego prawej, długą linię brzegu kończącą się wzgórzem, na które jutro z rana będę się kierował. Zapowiadało się atrakcyjne, miałem wypłynąć daleko od brzegu po to, aby można było jak najszybciej przy nim na powrót znaleźć się.

Pobudka o świcie i po krótkiej krzątaninie byłem na wodzie. Wszystko zgodnie z planem. Kontury wzgórza rysowały się wyraziście, wokół było cicho i gładko. Szybko wpadłem w rytm wielogodzinnego wiosłowania .Na środku zatoki wspomagał mnie lekki wiaterek. Obserwowałem, jak dalekie wzgórze w miarę przybliżania się do niego, stawało się coraz bardziej kolorowe, wyraziste i plastyczne. Przepłynąłem obok niego, kierując się dalej, aby ostatecznie, po ominięciu paru wysp, znaleźć się na otwartym morzu.

Odpoczywając po zatoce, cieszyłem się z łatwego, wczasowego wręcz pływania. Jeszcze nie wiedziałem, że miałem za sobą tylko pierwszy, rzeczywiście łatwy morski odcinek podróży. Morskie pływanie dopiero na mnie czekało. Przede mną były dwie duże zatoki i przejście przez nie zaznaczyło się doświadczeniami na tyle nowymi, że te dwie zatoki wyróżniam jako kolejny, drugi odcinek mojej włóczęgi.

Patrząc na mapę, przepłynięcie przez Zatokę Candari nie powinno przysporzyć kłopotów. Przypuszczałem, że jeśli poszło gładko na Zatoce Dikili, to teraz również śmignę w parę godzin do Allaga i będę miał kolejny akwen z głowy.

Zaczynało się inaczej aniżeli do tej pory. Dmuchało nieprzyjemnie, po raz pierwszy założyłem kamizelkę. Mając przed sobą rozfalowane morze, trzymałem się blisko wysokich, skalistych brzegów. Gdy tylko dotarłem do Zatoki Candari, poruszony ujrzałem ją całą w białych barankach fal, niezbyt wysokich za to gęstych, nalatujących jedna za drugą, wprost na mnie. Stanąłem za załomem skalnym i rozważyłem położenie. Nadzieja, że będzie powtórka z Dikili rozwiała się, dosłownie i w przenośni. Prosty skok przez zatokę zakończyłby się wypchnięciem mnie przez wschodni wiatr na pełne morze. Co można zrobić, to przechodzić przez tę zatokę dwoma etapami. Pierwszy to wejść pod wiatr na jej niejako same dno, zawitać do Candari i stamtąd już drugiego dnia, popychany wiatrem, wypłynąć z niej tak daleko, ile się da. Dla mnie było to odkrycie nowego sposobu pływania przez zatoki. Tym razem rzeczywiście zmuszony byłem pływać blisko brzegów. Miałem przed sobą odległe o 10 km Candari, dzieliło mnie do niego pierwsze, ciężkie wiosłowanie pod wiatr.

Szedłem do tego Candari z zaciętością. Huśtało, ale kajak wchodził lekko na grzywacze, niewiele wody dostawało się na fartuch. Po kilku godzinach wyczerpującego wiosłowania, dobijam wreszcie do miejskiej plaży. A na niej setki plażujących postaci. Nikt specjalnie nie zwraca na mnie uwagi, choć mam wrażenie, że jestem tutaj zjawą z całkiem innego świata.

Ale jeszcze dzień wiosłowania pod wiatr nie zakończył się. Po krótkim postoju w Candari, wypłynąłem poszukiwanie biwaku, które ciągnęło się prawie do zmroku. Wylądowałem w końcu na wyspie, położonej za miastem. Wyczerpująca trasa nie była długa, niemniej, zapowiadał się udany jutrzejszy dzień. Trzymając się teraz jakby drugiej już strony zatoki, popychany wiatrem, powinienem był szybko ją opuścić.

Tak jednakże nie było. Kierunek i siła wiatru wraz z falami stworzyły całkowicie dla mnie nową sytuację. Dzień wcześniej przeszedłem udrękę pływania pod wiatr, teraz dane mi było spędzić cały dzień na silnym bajdewindzie, doświadczyć pełnej gamy przeżyć wywołanych pływaniem z wiatrem na falach. Zaczynałem sensownie, starałem się odpłynąć na wschód tak daleko, aby lewy brzeg z miastem Allaga był osiągalny i gdy uznałem, że osiągnąłem właściwą pozycję, skręciłem z wiatrem na południe. I zaczęło się.

W miarę wiosłowania, wiatr przybierał na sile, a fale stawały się coraz większe. Starałem się cały czas schodzić po grzbietach fal lekko serfując, ale coraz, waliły się z tyłu takie grzywacze, że musiałem od razu stawać do nich prostopadle. Odtąd o kierunku płynięcia w coraz większym stopniu decydowały wiatr i fale, ja mogłem tylko od czasu do czasu, wykorzystując chwilę spokojniejszą, zejść bardziej burtą na falę i nieznacznie kierować się do lewego brzegu. Nie na długo, moment i szybko ustawiałem kajak w bardziej bezpiecznej do fal pozycji. Już widziałem, że Allega nie osiągnę, zmieniający się kierunek wiatru i fale na to mi nie pozwolą. Nie pozwoliły dotrzeć i do szeregu miejscowości znajdujących się niżej Allega. Sytuacja jakkolwiek nie komfortowa, nie budziła przerażenia, nie czułem się w sytuacji pchanego wiatrem na otwarte morze. Co prawda lewy brzeg był daleki, ale szczęśliwie ciągnął się nieskończenie w dal, ginąc gdzieś na linii horyzontu. Pewnym było, że starając się na ile to możliwe zmierzać w lewo, prędzej lub później do brzegu dopłynę. Kłopotu tyle, że nie od razu i nie bardzo wiadomo, gdzie to będzie. Godziny mijały, a ja w kajaku jak korek w wodzie, skacząc z jednej fali na drugą, stale wiosłując, mijałem coraz czytelniej zarysowujące się miejscowości. Nieprzerwanie zbliżając się do brzegu, wreszcie ten brzeg osiągnąłem. Gdzie jestem, tego od razu nie wiedziałem.

W tym dniu przepłynąłem niemało, znalazłem się w okolicach Yenifoca. Jakkolwiek całą Zatokę przepłynąłem w dwa dni, miałem wieczorem nad czym rozmyślać. Uświadomiłem sobie, że na wielkich przestrzeniach wszystko zależy od wiatru. Nieoczekiwanie zmieni się kierunek wiatru i już rodzi się ryzyko bycia zepchniętym na otwarte wody. Wiedziałem już, że bez uwzględnienia marginesu rozległego lądu przed sobą, nie należy wyruszać kajakiem na morze. Bezpośrednio nie wiązało się to z zasadą trzymania się blisko brzegów.

Na omawianym odcinku szlaku, kolejnym wyzwaniem było przejście przez Zatokę Izmir. Jeszcze przed podróżą, obawiałem się tych wód. Żywa była pamięć o Dardanelach, gdzie zmuszony byłem przecinać zatłoczone tory wodne. Na Zatoce Izmir miało być podobnie jeśli nie gorzej - dochodziła rozległość Zatoki i rozfalowane, gnane wiatrem wody. Z takimi uczuciami przyglądałem się mapie, decydując ostatecznie, że wszystko wyjaśni się na miejscu. Gdy stwierdzę, że jest niebezpiecznie, to skręcę w głąb zatoki i wówczas, wykorzystując wyspy, przedostanę się bezpiecznie na drugą stronę zatoki.

Gdy tylko znalazłem się w pobliżu zatoki, jedyne, co można było dojrzeć, to tylko kontury przeciwległego brzegu. Z lewa i z prawa tylko woda, bezkres i co najważniejsze, nie było statków, pustka. Wiało z tyłu. Przyglądam się wnikliwie kierunkowi fal i zarysom dalekich brzegów. Zagrożenia nie ma. Brzegu naprzeciwko jest tyle, że nie wydmucha mnie na otwarte morze. Nie waham się dalej - będę przecinał Zatokę, 40 km otwartej wody w takich warunkach jest do zrobienia!

Rozpoczyna się pływanie. Godzina po godzinie i jestem na środku zatoki. Fale nadlatują z tyłu i choć niemałe, nie wywołują leku. Niekiedy coś mi wskoczy na dek, ale do otworu fartucha nic się nie wlewa. Tajmeń jest fantastyczny na takie pływanie. Staram się lekko serfować. Mam wrażenie, że branie nadbiegających z tyłu fal lekkim skosem na burtę jest skutecznym i bezpiecznym sposobem pływania z wiatrem. Tak ćwiczę, nie przestając ani na chwilę wiosłować. Zmęczenia nie czuję. W jego miejsce budzi się uczucie radości, że jeszcze parę godzin i będę miał tę wydawałoby się niebezpieczną zatokę za sobą.

Z daleka majacząca plama Karaburun wyostrza się stopniowo do widoku miasteczka rozlokowanego na brzegach niewielkiej zatoki ale o takiej dziwnej linii brzegowej, że musiałem jeszcze dłuższy czas uważnie płynąć, by dotrzeć do centrum miasta, i do niewielkiego bulwaru przy plaży, gdzie rzecz jasna, mogłem zostawić swój kajak.

Dobijam do brzegu i wychodzę na bulwar. Przechadzam się z podniesioną głową, rozpiera mnie radość, kawałek trudnej roboty mam za sobą, przejście przez zatokę łatwym nie było, zabrało ze 6 godzin uporczywego wiosłowania, ale przepłynąłem cało i bezpieczne. Tym razem dałem się nieść wiatrowi, nie lękając się wyniesienia mnie na otwarte morze. Wiało równo na drugą stronę zatoki, tam gdzie zamierzałem dopłynąć. Wybieram sobie stolik i zamawiam kalmary z piwem. Zaszaleję, mogłem kilka dni walczyć z tą zatoką, a szczęśliwie zamknęło się wszystko w jednym dniu pływania.

Opisywany drugi odcinek trasy sprowadzał się do dwóch udanych przejść przez rozległe zatoki. Upewniły mnie one, że morskie pływanie wybrzeżem tureckim wiąże się bezpośrednio z przechodzeniem przez zatoki, na śmiałym ale przede wszystkim rozważnym wpływaniu na znaczne wodne przestrzenie. Koleje fragmenty trasy spływu wniosły nowe doświadczenia. Czekało mnie jeszcze wiele prób i niespodzianek. Nową technikę przećwiczyłem, będąc już nisko na południu, na odcinku trzecim, pomiędzy Cesne a Teke Burnu. Tutaj płynąłem dokładnie przy brzegach ale zwrócony do nich nie burtą kajaka lecz dziobem.

Wspomniany wariant "pływania blisko brzegu" rodził się stąd, że tym razem linia brzegowa stała się niezmiernie rozwichrzoną i zagmatwaną znaczną liczbą zatok, wewnątrz których kryły się jeszcze mniejsze zatoczki. Do tego dochodził silny wiatr od strony lądu. Okoliczności te spowodowały, że płynięcie przypominało pływanie na rzece dziobem pod prąd. Ustawiałem się dziobem do brzegu pod odpowiednim kątem i wiosłując pod wiatr, przesuwałem się do przodu wzdłuż linii brzegowej. Oczywiście opisałem sytuację modelową, bo w praktyce było różnie, wszystko zależało od konkretnej, poszczególnej zatoki, jej kształtu, rozlokowanych w niej wysepek. Niekiedy można było sobie pozwolić na płynięcie równolegle do fal, ale bywało, że wpadałem w takie jęzory zatok, które można było pokonać dosłownie promowaniem pod wiatr. W taki sposób kajakując, zbliżyłem się pod wieczór do palczastego przylądka Teke Burnu. Jego skraj wysuwał się w morze wyrazistą, ostrosłupową skałą, którą nazwałem "pazurem", otwierającym Zatokę Sigacik. Tę zatokę traktuję jako samodzielny, czwarty odcinek mojej trasy kajakowej, test moich kajakowych umiejętności. Pływanie po tej zatoce wiąże się bezpośrednio ze zdumiewającym zakończeniem mojej tegorocznej morskiej wędrówki.

Nazajutrz raniusieńko schodzę na wodę i kierując się w stronę " pazura", szybko do niego docieram. Miałem przed sobą rozległą wodę. Pogoda jak zwykle wspaniała, a przede mną kontury przeciwległego brzegu Zatoki Sigacik. Widoczny wierzchołek ciągnącego się wzniesienia, odczytuję jako skraj zatoki - co do tego nie miałem żadnych wahań - na ten punkt będę się kierował podczas płynięcia. Teraz do rozważenia pozostaje kierunek wiatru. Przyglądam się falom staram się określić dokładnie, skąd wieje. Wychodzi na to, że wieje prosto na ową górę, do której mam dotrzeć. Z mapy odległość do pokonania wynosi jakieś 40km. Z wiatrem robiło się nie takie odległości, pomyślałem i zadecydowałem - płynę. I ruszyłem.

Początkowo wszystko przebiegało dobrze. Lekki wiaterek z tyłu nadawał tempa. Tak minęły może ze trzy pierwsze godziny, gdy dostrzegłem niepokojącą odmianę. Wiatr stając się coraz silniejszym, wiał teraz bardziej ze wschodu, znosząc mnie w prawo na otwarte morze. Sprawę uznałem na tyle poważną, że zdecydowałem się zawracać do brzegu. Po raz pierwszy podczas wędrówki zmuszony byłem zejść z obranej trasy, a godziny wiosłowania uznać za stracone. Wycofywałem się na powrót do przylądka, doświadczając zmagającej się siły wiatru. Pracując na wiosłach pod wiatr, dotarłem do brzegu zatoki, lądując dla odpoczynku w ładnym, chronionym skałami, bezwietrznym miejscu. Było bardzo malowniczo, ale cóż z tego? Przejście zatoki jednym rzutem na wprost, co do tej pory najczęściej udawało się, teraz należało wykluczyć. Czekało mnie wpływanie pod wiatr w zatokę aby później z odpowiedniego miejsca, wiatrem popychany, dopaść jej drugiej strony, oznaczonej charakterystycznym, tępym wierzchołkiem. Nic nowego, wiadoma sprawa, nie było nad czym się zastanawiać. Wiatr był teraz główną przeszkodą. Wiało już silnie, a ja musiałem zadecydować, płynąć czy przeczekać do świtu, kiedy być może nieco przycichnie. Zdecydowałem, że powalczę, pół dnia bezczynnego leżenia w załomie skalnym, było dla mnie nie do wytrzymania. Jest gdzieś około 16.00.

Wypływam z ukrycia i od razu wiem, jaką mam robotę do zrobienia. Uparcie wiosłuję, przechodzi jedna godzina, potem następne i muszę przyznać, że idzie marnie. W końcu ze zgrozą spostrzegam, że pomimo nieustannego wiosłowania, jestem wciąż przy tej samej skale. Błąd, spowodowany zachodzącym słońcem czy przejaw ogarniającego zmęczenia? Już tego nie roztrząsałem. Przypomniała mi się cicha zatoczka, w której wcześniej zatrzymałem się dla odpoczynku i bez wahania zawróciłem. W pobliże przylądka wracałem z zawrotną szybkością. Dopiero teraz mogłem określić miarę wydatkowanego na próżno wysiłku. Niosło mnie na biwak jak na skrzydłach, 20 minutowa gonitwa z falami zniwelowała parę godzin znojnego, morderczego wiosłowania pod wiatr. Zasypiałem mało zadowolony, wróciłem omal do tego samego miejsca skąd rano startowałem. Należało się pogodzić z mało radosną perspektywą - praca na wietrze do upadłego, a rezultat? Jaki będzie, taki będzie. Na ten raz łatwe pływanie już się dla mnie skończyło.

Tylko świtało, a ja już byłem na wodzie. Dmuchało równo, tak jak wczoraj, tylko ja wypoczęty, byłem gotowy do walki. Czekało mnie mozolne przebijanie się pod wiatr, wzdłuż zdawałoby się niekończących się brzegów. W dwie godziny dotarłem do miejsca, z którego wczoraj zawróciłem. Dalej już nie liczyłem, ile zabierało czasu przedzieranie się a to do jakieś skały, zatoczki, czy innego wyznaczonego miejsca. Prawda, że posuwałem się do przodu, szło lepiej aniżeli było wczoraj, ale było to powolne, wręcz niezauważalne przemieszczanie się w bezgranicznej przestrzeni. Trudy wiosłowania powiększał brak wody pitnej, jej resztki musiały starczyć jeszcze na długo, okolica wokoło była pusta i dzika. Odkryłem również, że łatwiej jest płynąć możliwie najbliżej brzegu. Uderzające w kamienie i skały fale traciły impet, mieszały się ze sobą, spłaszczały, co ułatwiało wiosłowanie. Po 8 godzinach nieprzerwanej roboty, gdy zaczęła kierować mną tylko jedna myśl - napić się wody, trafiam na ukrytą w zatoczce osadę, a raczej placówkę jakiegoś instytutu rybackiego, prowadzącą sztuczną hodowlę narybku. W niej znajduję wodę - jestem uratowany. Mam jej pełny plastykowy zbiornik. Gasząc pragnienie staram się wyjaśnić pracującym tu ludziom co i jak. Z wodą, po krótkim odpoczynku, ruszam dalej, czas na biwak. Długo go nie szukałem.

Zadziwiające, że i tym razem trafiam na miejsce porażające nie tylko swym naturalnym pięknem ale i czystością - ani jednej butelki, kawałków sznura czy czegoś tam. Traktuję ten biwak jako nagrodę za trudy całego dnia. Kiedy tylko wypakowałem się, przy resztkach słońca walnąłem się jak długi na plaży, czując, jak ze mnie wyparowuje zmęczenie. Byłem cały w soli. Upłynąłem co prawda tylko 20 km, ale co to były za kilometry, mało podobnych miałem za sobą. Dotarłem omal do samego dna zatoki, połowa zadania wykonana, jutro mogłem z niej wypłynąć.

Następnego dnia już tylko rutynowo schodziłem na wodę wcześnie, pozbyłem się złudzeń, że rankiem jest na morzu cicho. Ale liczyłem na to, że schowany od wiatru za wysokimi wzniesieniami, popłynę po spokojnej wodzie. Niestety pływanie przy brzegu było nadal uciążliwe. Brzegi tworzyły rozliczne zatoczki, wzdłuż których hulało nieznośne wietrzysko. Należało je, jak to było przed paroma dniami, pokonywać na dwa sposoby. Albo trawersować burtą na wiatr albo z uporem przedzierać się w głąb jakiejś większej zatoki i zawróciwszy z wiatrem z niej wypływać. Na takim wiosłowaniu przechodziły poranne godziny. Gdzieś w południe, wypoczywając w dość osobliwym miejscu, bo w pieczarze wypłukanej przez wodę, uznałem za możliwy zwrot w kierunku wprost z wiatrem na Sigacik. Dostać się tam oznaczało koniec mordęgi i rychłe wypłynięcie z zatoki.

Do Sigacik po prostu mnie wniosło. Ze względu na dogodne warunki, ulokował się tam ośrodek windserfingowy. Na plażę dostałem się, manewrując pomiędzy przemykającymi tu i tam deskami. Nic nie mogło mi zepsuć dobrego nastroju. Ciężko, bo ciężko ale ostatecznie znalazłem się w punkcie, z którego szybko i bez wysiłku opuszczę zatokę. Kieruję się do bufetu, który jak na ten raz, nie pasuje do miejsca, w którym miałbym fetować pokonanie zatoki. Jest tandetny, ale nie szkodzi, że sobie postoję, piwo i tak wyśmienicie smakuje. Wszak Zatoka Sigaciuk prawie zrobiona. Ustalam z mapą w ręku trasę. To będzie już wielki finał tegorocznej włóczęgi. Dopłynę gdzieś przed Daganbey, posiedzę tam dwa dni wypoczywając należycie, a później, mając wysuszony i złożony sprzęt, rozpocznę lądem wędrówkę powrotną.

Będąc już na wodzie, miałem nadal powody do radości - porywisty wiatr dmuchał wprost na znajome mi wzgórze. Tym razem mogłem je mieć. Jego sylwetkę widziałem przez ostatnie dwa dni wielokrotnie. Pierwszego dnia wydawało się, że można po nie ręką sięgnąć, później ginęło za horyzontem ale teraz gra skończona, mam wzgórze widoczne jak na dłoni, trochę pływania na tylnym wietrze i będę na miejscu. Wypływam poza granice wczasowiska na przyjaznej fali. Mijam ekskluzywne pensjonaty, wbudowane niejako w naturalne skalne pieczary, jeszcze chwila i już jestem sam na wodach zatoki. Zakładam, że za dwie godziny będę blisko brzegu. Ale dwie godziny mijają, a górę postrzegam nadal jako bezbarwny, jednolity szary masyw. Nie zmartwiony dekretuję sobie, że za dwie następne godziny góra zabarwi się żywszymi barwami. Płynę sobie i płynę, a bryła góry nic się nie przybliża, nadal wygląda tak, jakby była daleko. Morze nie wzbudza niepokoju. Wiatr nie zmienia się, fale idą z tyłu jedna za drugą, niekiedy któraś zaszumi wchodząc z tyłu na pokład, ale wszystko przebiega niegroźnie, pozostaje w normie. Wiosłuję bez przerwy, a góra nadal odległa, może tylko trochę większa. Na koniec tracę rachubę kolejnych godzin, które miały oznaczać bliski cel. Robi się ciemnawo. Uświadamiam sobie, że zmierzcha, a brzeg daleki.

Nieuchronne płynięcie nocą początkowo wywoływało we mnie niepokój. Musiałem się go pozbyć tłumacząc sobie, że i przy księżycu będę szedł dalej w poprzek fal, nie zbaczając z obranego kierunku. Stopniowo przekonywałem się, że można tak właśnie płynąć. Za czas jakiś pomarańczowa kula słońca całkowicie zanurzyła się w morzu, długo pozostawiając na wodzie złociste odbicie zmierzchu. Było widno. Doczekałem się w spokoju księżyca. Przyglądałem się jego szerokiej poświacie, na której rysowały się białe grzbiety fal. Jakkolwiek wszystko było nieoczekiwane i niezwykłe, dobre samopoczucie mnie nie opuszczało.

W ciemnościach nocy, północ już dawno minęła, dostrzegłem światełka u podstawy góry. Jasne ruchliwe punkciki raz po raz pojawiały się i gasły. Wszystko się zgadzało, pamiętałem, że niedaleko od brzegu ciągnie się nitka szosy, migające ogniki musiały być światłami jadących samochodów. Zdecydowałem płynąć tam, gdzie światła schodziły jak najniżej wody, ponieważ w tym miejscu musi być płasko i łatwiej da się znaleźć miejsce dogodne do lądowania. Upłynęło jeszcze sporo czasu zanim zbliżyłem się bezpośrednio do samego brzegu. Szumiało. Wytężając wzrok i słuch starałem się być jak najbliżej brzegu, wyszukując upragnione miejsce. Na początek nic takiego nie zapowiadało się. Wysokie i postrzępione skaliste zbocza groziły rozbiciem się na kamieniach. Rodziła się myśl, że przyjdzie mi być może, czekać na wodzie brzasku. I w chwilę później zobaczyłem coś, w co mi było uwierzyć trudno - zobaczyłem regularną niewielką plaże, podobną do tych, na których od ponad dwóch tygodni biwakowałem. Wystarczyła jeszcze chwila sprawnych, wyćwiczonych manewrów i stanąłem na brzegu suchą nogą, tj. cały i zdrów. Było trzecia w nocy.

Wszedłem na brzeg i jakby nigdy nic, zająłem się biwakową krzątaniną. Nie czułem się bynajmniej rozbitkiem, duma też mnie nie rozpierała, nie przeżywałem żadnej specjalnej satysfakcji. Wiedziałam tylko, że to co miałem zrobić, to zrobiłem, najlepiej jak potrafiłem. Spędziłem omal dobę na wodzie, nic to, że miałem za sobą nie mniej aniżeli 70km na wiosłach, co policzyłem później. Nie było łatwo, ale jestem już na miejscu, spływ skończony. Nie kładłem się spać od razu. Spokojnie, nie spiesząc, cieszyłem się puszką piwa i tureckim bochenkiem chleba. Ten dzień był poświęcony wyłącznie wypoczynkowi.

Tkwiłem cały dzień w błogim nieróbstwie. Zgodnie z planem, pozostawało mi tylko dopłynąć parę kilometrów do Daganbey, skąd po wysuszeniu i złożeniu kajaka miałem nie spiesznie powracać do kraju.

Nowy dzień budziły fale przyboju. Po śniadaniu zacząłem szykować się do wyjścia w morze, fale przy brzegu były jak na ten raz trochę duże. Zejście na wodę nie byłoby udane, gdyby nie moje wcześniejsze praktyki. Odkryłem niedostrzeganą powszechnie możliwość szybszego i pewniejszego wskakiwania do kajaka, dzięki tej udoskonalonej technice wyszedłem z przyboju w suchym fartuchu. Do Daganbey został mi tylko kawałek morza. Wolno, na luzie, ciesząc się ostatnim serfowaniem na falach, dopłynąłem już po raz ostatni do brzegu.

Spływ skończony, nie mogę teraz ukryć radości. Bo jest, z czego się cieszyć. Zrobiłem co trzeba, wytrzymałem wszystkie próby, po prostu i tym razem mi się udało. Dobrego nastroju nie mąciły widoczne tu i ówdzie greckie, biało-niebieskie flagi. Nawet napisy greckie na nieczynnym sklepiku nie wzbudzały we mnie żadnych podejrzeń. Spaceruję dalej, wesół i radosny, planując najbliższe zajęcia. Z pensjonatu podchodzi do mnie osoba zainteresowana kajakiem i rozpoczynamy rozmowę. Pokazując mu rosyjski kajak, w jakimś momencie wspomniałem, że dziwią mnie nieco greckie flagi na tureckim terytorium. On widocznie mnie nie zrozumiał, skoro poprzestał na uwadze, że wiele narodów ma w zwyczaju stawiania flag swojego państwa w obrębie swych domostw. Na razie na tym stanęło. Dalsza nasza rozmowa wymagała z mojej strony sięgnięcia po mapę. Wziąłem ją i krok po kroku pokazywałem kolejne etapy mojej wędrówki, wskazując na Dagenbey, obok którego, wedle mojego przeświadczenia, znajdowaliśmy się. I w tym momencie słyszę niesamowitą wiadomość, że jestem na wyspie Samos. Patrzę na mojego rozmówcę osłupiony. On zawraca do domu po mapę i za chwilę pokazuje, gdzie stoimy. Czuję jak we mnie narasta przerażenie, że to już ze mną koniec, nie wykaraskam się z biedy, parę dni mnie tutaj potrzymają, stracę zabukowane bilety powrotne. Następnie górę bierze zimna determinacja. Do roboty! Jak najszybciej złożyć się, wydostać się do miasta i poddać się procedurom paszportowym, by wiedzieć, co ze mną dalej będzie.

Parę razy zdarzało mi się w reżimie przyśpieszenia nadzwyczajnego składać kajak. Ale jak złożyć kajak w oka mgnieniu przy palącym słońcu w nerwach i co gorsza, walcząc rozpaczliwie z rurkami stelaża zlepionymi solą na głucho? Pot kapie z nosa, ręce pokaleczone, emocje rozpalone, a stelaż za nic nie daje się do końca rozłączyć. Idą do ludzi. Tam przy pomocy majsla, młota i piły do metalu mój biedny, zdezelowany Tajmeń mógł znaleźć się we worach.

Pracuję w pocie czoła, równocześnie składając kajak i pakując rzeczy do worków, niewielka plaża zawalona różnościami. Nie zauważyłem jak podjechał do tego majdanu samochód, z którego wysiedli dwaj policjanci. Doczekałem się i tego! Paszport - zażądali władczo. Daję im paszport, spodziewając się, że teraz zacznie się moja droga przez mękę. Jak sobie poradzę z nie spakowanymi rzeczami, przeleciało przez głowę? Oni czytają, notują i widzę że sprawa idzie ku dobremu. Moje wyjaśnienia są dla nich interesujące, ale nie są ważne w sprawie. Jest bez znaczenia, jak się znalazłem w Grecji, ale odtąd mogę w niej przebywać, bo jesteśmy członkami Unii. Oniemiałem z wrażenia, po raz drugi. To znaczy mogę teraz z Grecji, bez żadnych sankcji wyjechać prosto do Turcji? Mogę. Niebywałe, świat się tak otworzył, że jak widać, nie nadążam. Jeszcze tylko zapytanie, czy wezwać taksówkę, abym mógł przejechać na przystań promową do Samos i po wszystkim. Żegnamy się prawie po przyjacielsku. Gdy policja odjeżdżała, zobaczyłem mieszkańców pensjonatu, poruszonych moją przygodą.

Było około 15.00, gdy wreszcie trzy wory i wózek rzuciłem przed bramę pensjonatu. Czekała mnie podróż do Samos na przystań promową. Odwozić mnie miał jeden z mieszkańców pensjonatu, nie odmówiwszy mi pomocy, gdy o nią poprosiłem. Do miasta dzieliło nas ok. 30 km. Przejechaliśmy je szybko, przy przystani promowej pożegnaliśmy się serdecznie.

Nie oglądając się na nic, od razu podążyłem do biura podróży, pytając o najbliższy prom do Turcji. Nie mogłem powstrzymać się od wyrażenia radości, gdy usłyszałem, że najbliższy statek odpływa do Kusadasi za półtorej godziny. Odliczając czas na formalności paszportowo-wizowe, miałem tylko pół godziny, by rozejrzeć się wokoło, zebrać kłębiące się myśli. Na przystani promowej był dość rozległy bar i w nim ze szklanką piwa zasiadłem, starając się na spokojne ustalić, gdzie jestem i co się ze mną działo. Choć wydarzenia przebiegały jak w iluzjonie, prawdą jest, że za parę godzin niewątpliwie znajdę się w Turcji.

Wielki finał czekał mnie na dworcu przystani promowej w Kusadasi. Wiedziałem, że przygotowałem służbom paszportowym niespodziankę. Jako Europejczyk-Unionista po przejściach, na odprawę czekałem ze spokojem, przy pełnej równowadze ducha. Do okienka podchodziłem ostatni. Pani w okienku już zamierzyła się stawić mi do paszportu stempel "wjazd", gdy równocześnie z moim "no" ręka z pieczątką zatrzymała się w powietrzu. Nie pasowało, "wjazd" już na wizie miałem, wiza była jeszcze ważna, jak się więc znalazłem poza granicami Turcji? Nie mogę do niej wjeżdżać, jeśli formalnie rzecz biorąc, jej granic nie opuszczałem. Zaczęła się normalna urzędnicza krzątanina. Telefony komórkowe poszły w ruch. Teraz chodziło o dowody, że zabłądziłem na morzu i wracam z Samos. Pierwsze wyglądało nieprawdopodobnie, na drugie brakowało pieczęci w paszporcie, bo Unioniści takimi operacjami ku zmartwieniu Turków, już się nie zajmują. Trzeba powiedzieć rzetelnie - wszyscy chcieli mi uwierzyć i pomóc. Wokół mnie i wózka zebrała się dość liczna grupa urzędników różnych formacji, żywo ze sobą rozmawiających. Co i raz zwracano się do mnie z zapytaniami i choć łamaną angielszczyzną, rozumieliśmy się. Do morza przekonywało moje wyposażenie. Pakowane w pośpiechu, skotłowane, stwardniałe od soli rzeczy, zrobiły wrażenie. Co warto wszędzie podkreślać, że w takich sytuacjach, powrotny bilet kolejowy ma duże, jeśli nie rozstrzygające znaczenie. Gdy go pokażesz, podejrzenia i nieufność topnieją w mgnieniu oka. Tak było i tym razem. Po chwili, kiedy jedna z pań umundurowanych zajmowała się kserowaniem mojego paszportu, cały personel zaangażował się w pozowanie do zdjęć, które dla dobrej pamięci zrobiłem.

Było kwadrans przed 20.00, gdy na bulwarze nadmorskim w Kusadasi siadałem przy stoliku w barze, czekając na zamówioną kawę. Teraz już naprawdę spływ dobiegł końca. Owszem, czekał mnie długi i niełatwy powrót do domu, ale w tym momencie były to sprawy drugorzędne. Nie spiesząc się, rozglądając się wokół, wypijałem rutynową, wieczorną kawę, tylko nieco oszołomiony wydarzeniami jednego dnia.

Myśli o pomyłce, wręcz o zagubieniu się na morzu, przez długi czas nie dawały mi spokoju. Nie szukałem usprawiedliwienia dla tego, co się stało, ale chciałem wyjaśnić sobie samemu, jak można było tak pobłądzić. Podstawą błędu były dwa czynniki - bezwarunkowe zaufanie naoczności i związane z tym lekceważenie kompasu. Wypływałem na morze, rozumiejąc cały czas, że chodzi tutaj wyłącznie o płynięcie wzdłuż brzegów. Jeżeli brzegi ciągną się kilometrami proste jak drut, być może wystarczy tylko widzieć, by wiedzieć gdzie się jest, pobłądzić trudno. Inaczej w Turcji, gdzie linia brzegowa niesłychanie pogmatwana, pocięta zatokami, rozsypuje się co i raz, można powiedzieć w archipelagi wysepek. Zaś w oddaleniu pozostają widzialne, nieodłączne kontury greckich wysp. W takich warunkach spływanie wzdłuż brzegów jest pływaniem po morzu, bo nieustannie należy przecinać zatoki, odchodząc od brzegów na kilkanaście kilometrów, jeśli nie więcej. Kajakarzowi takiemu jak ja zdawało się, że wystarczy dobrze przyglądać się brzegom, konfrontować sytuację z mapą a nawigacja będzie poprawną. Jeżeli wyraziście widziałem ciągnąca się linię brzegową rozległej zatoki, kończącą się jakąś charakterystyczną formą to było jasne, że należy tam się kierować, aby wyjść z zatoki. Skoro wszystko podane było jak na dłoni, wsparcie się na kompasie czy jakimś GPS-e traktowałem jako zbytek formy. Niestety to był błąd, widoczne brzegi i mapa to za mało na morzu. A ja już w pierwszych dniach pływania, zaufałem temu przeświadczeniu. Bezkrytycyzm pogłębiała satysfakcja zrodzona skutecznym i łatwym "cięciem" pierwszych zatok. Nie wiedziałem, że tak nawigując szykowałem sobie pułapkę. Na Zatoce Sigacik od samego początku szczyt Samos stał się dla mnie przeciwległym brzegiem zatoki. Widziałem go tak wyraziście, że nie czułem potrzeby sprawdzenie jego położenia ze wskazaniami kompasu. Oko i mapa są ślepe, dopiero łącznie z kompasem są podstawą skutecznego pływania wzdłuż morskich wybrzeży. Musiałem na własnej skórze o tym się upewnić.