Z kajakiem i bez kajaka w Buriacji nad Bajkałem.
Pomysł wybrania się z kajakiem nad Bajkał zawdzięczamy Tatianie i Tolikowi z miasta Kemarowo na Syberii. W zeszłym roku odradzali nam rzeczkę Nerl pod Moskwą jako nudną i zaprosili na spływ Utulikiem wpadającym do Bajkału. Ale kiedy tego lata zgodziliśmy się na wspólną wyprawę, z każdym e-mailem wygaszali nasz entuzjazm. Wpierw wyjaśniło się, że oni pływają od lat tylko na katamaranach. Potem, że Utulik to czwarty stopień trudności dla katamaranów czyli piąty dla kajaków i oczywiście odradzali nam płynięcie tam naszymi składanymi „bajdarkami”. Na potwierdzenie przesłali zdjęcie z tego spływu, niesłychanie widowiskowe, gdzie w falach i bryzgach piany ledwo widać ich kaski i kamizelki. To było dla mnie za spiczasto, szczególnie, że w naszej ekipie tylko Jarek pływał na górskich rzekach, bywał na Dunajcu i Południowym Bohu na Ukrainie. Reszta miała niewielkie doświadczenie wyniesione z górnego Dunaju i przełomu Raduni. Niezrażony jednak Jarek w następnym e-mailu dopytywał się, jak się dostać w górę Utulika. Kemarowo odpowiedziało, że biorą katamarany na plecy łącznie z pozostałym sprzętem oraz całym jedzeniem i idą trzy dni po 50 km, pokonując przy okazji kilkaset metrów różnicy wysokości. Dla ilustracji swojej opowieści, przekazali fotografię, gdzie przy linie zanurzeni po pas przechodzą z plecakami rwący strumień. To ostatecznie ostudziło również i Jarka zapały.
| Postanowiliśmy poszukać łatwej rzeczki w rejonie Bajkału. Po przeczytaniu książki J. Witczuk i St. Pagacza „Bajkał morze Syberii” (książka ta była dla mnie i dla wszystkich polskich turystów spotkanych nad Bajkałem Biblią i Koranem jednocześnie) nasz wybór padł na Irkut. Rzeka Tunkińskiej Doliny, ma górski odcinek od wsi Mondy do wsi Szimki, dalej rozlewa się spokojnie po równinie, pętli w stronę Bajkału, by 18 kilometrów od jeziora zawrócić na zachód i przedrzeć się znowu 70 kilometrowym odcinkiem przez góry. |
Po rozważeniu wszystkich za i przeciw, zdecydowaliśmy się na odcinek Mondy – Zun-Murino „Choć na rzece jest sporo mielizn, zakoli i bystrzyn zaprawieni w spływach Rosjanie uważają, iż jest ona jedynie wprawką przed poważniejszymi wyzwaniami. Wrażeń jednak nie zabraknie, przede wszystkim dzięki malowniczym widokom to na łagodne, zalesione stoki Chamar – Dabanu, to na strome, skaliste szczyty Tunkińskich Golców. Bogactwo jagód, grzybów oraz ryby są dodatkowymi atrakcjami spływu.” Od Kemarowa przyszło tylko „Na Irkucie można płynąć na bajdarkach.”, co odebraliśmy – „Płyńcie ale nic ciekawego tam nie znajdziecie.”
A więc decyzja podjęta: najpierw dwa dni kajakami wzdłuż Bajkału a potem wielkie spływanie Irkutem!
Spotkania z e mailowymi przyjaciółmi.
Z Rosjanami zaczęliśmy korespondować przez Internet dwa lata temu, kiedy tą drogą szukaliśmy kajakarzy chętnych do wysłania nam zaproszeń. Wtedy bowiem jeszcze sądziliśmy, że jest to jedyna droga do dostania się indywidualnie do Rosji. Z licznej początkowo grupy korespondentów, po paru miesiącach, zostało kilka osób. A przez ten czas bezosobowe początkowe imię przekształciło się w człowieka z charakterem, poglądami i zamiłowaniami.
Teraz mięliśmy okazję spotkać niektórych z naszych korespondentów osobiście. Podaliśmy dokładne informacje o godzinie przyjazdu do Moskwy Fiedorowi, mając nadzieję, że wyjdzie nam na spotkanie. Niestety nie było go na Białoruskim Dworcu, a stanowiliśmy grupę nie do przeoczenia wraz z dwoma wózkami ze składanymi kajakami. Przeskoczyliśmy na Dworzec Jarosławski, zostawiliśmy wózki pod opieką Ani i w trójkę poszliśmy kupować bilety powrotne. Nie było nas z dwie godziny, wracamy po szczęśliwym zakupie. Widzimy Anię roześmianą od ucha do ucha, z butelką piwa w jednej ręce, z lodem w drugiej, w serdecznej rozmowie z wysokim, potężnym brodaczem. „To Fiedor” krzyczy Ania. Rzucamy się sobie w objęcia. Zostało nam półtorej godziny do odjazdu pociągu. Idziemy do dworcowego baru, zamawiamy piwo oraz „pielmeni” i gadamy, rozmawiamy, gwarzymy. Fiedor odprowadza nas do pociągu, pomaga ładować bagaże. „Prowadnica” zauważając nasze wory i to, że jesteśmy cudzoziemcami, już chciała nas skasować za ponadnormatywne bagaże. W tym momencie okazał się niezbędny Fiedor, który przyhamował zapędy konduktorki, wyjaśniając ”To składane bajdarki.” Sprzęt turystyczny wozi się w rosyjskich kolejach za darmo!!! Całujemy Fiedora i ruszamy nad Bajkał.
Jeszcze w zimie byłam pewna, że z małżeństwem z Kemarowa spotkamy się na pewno, gdyż i oni i my planowaliśmy wyjazd w lipcu. Za ich przykładem obraliśmy miasteczko Sludiankę nad Bajkałem na stację docelową naszej podróży koleją transsyberyjską. Snułam różne plany; a to że spotkamy się w pociągu, a to że odprowadzimy ich na dzień drogi w górę rzeki Utulik. Z tamtej strony nie było aplauzu dla moich pomysłów. Po miesiącu przyszły informacje, że nie płyną Utulikiem ale rzeczką Łangutaj i Chara – Murin. Trochę później pisali o strumieniu Snieżnaja. Zresztą prowadzą większą grupę ludzi, są związani ze swoją ekipą terminowo. Zrezygnowałam ze spotkania, poprzestając na uzyskaniu od nich jak najwięcej cennych informacji. To Kemarowo przysłało nam Internetem mapy Irkutu, bez których nie mielibyśmy bladego pojęcia, gdzie jedziemy. Otrzymaliśmy od nich również opis przeszkód na rzece i adresy dwóch kierowców w Sludiance. Z relacji o bystrzach nawet z rysunkami nie skorzystaliśmy, bo nie byliśmy w stanie zidentyfikować progów; „kamień z lewej, półzakryte głazy z prawej, liczne kamienie w korycie, pomiędzy którymi przebija się główna struga, wąskie przejście w środku” - I tak od początku do końca „Tutaj to, czy nie?” – pytaliśmy siebie nawzajem, już nad rzeką. Bardzo pożyteczny natomiast okazał się adres Poiskowo – Spasatielnowo Otriada w Sludiance ulica Mostowaja 2a, nad samym Bajkałem, który udostępniam wszystkim zainteresowanym. Jest to instytucja, jak się domyślam, łącząca funkcje naszego WOPR i GOPR, a w Sludiance działająca bardzo aktywnie. Turyści rosyjscy przed wyjściem w góry czy wyjazdem na spływ, dla własnego bezpieczeństwa, rejestrują się w miejscowym oddziale tej organizacji, zgłaszając cel wyprawy i termin powrotu. My też tam dotarliśmy, meldując nasz spływ i dając na przechowanie prezent dla Tolika i Tani (oni też zostawili dla nas czekoladę i koniak). Do paczuszki dołączyłam informację, kiedy wracamy na odwrocie naszej fotografii. Po dwóch tygodniach zaglądamy do GOPR’u z WOPR’em, a za nami ktoś woła „Celina i Jarosław!!!” To była Tatiana. Ich ekipa wypoczywała w „otriadzie” po spływie rzeczką Langutaj i Chara–Murin a przed Snieżnają. Jedni wędkowali w Bajkale, inni naprawiali sprzęt, większość wygrzewała się na słońcu. Tatiana szczuplutka, na oko 35-letnia dziewczyna (jak ona nosi te 50 kilogramów na plecach?) bardzo serdeczna, uśmiechnięta, otwarta. Mąż małomówny, cieszący się widocznym poważaniem towarzystwa jako lekarz i wodniak. Trochę nam potowarzyszył, zaśpiewał z gitarą dwie ładne piosenki o kajakarzu ryzykującym życie na progu i odszedł do obowiązków czyli smażyć racuchy dla całej „komandy” Miał jeszcze pół wiadra ciasta, kiedy go żegnaliśmy.
Kolej transsyberyjska – zostać w Tajdze w toalecie.
Koleją transsyberyjską jeździło się nam wspaniale; bieżąca woda w toalecie, wrzątek dostępny na okrągło, tłumy babuszek z pysznościami na peronach. Jedyną zasadzką, w którą nieustannie wpadaliśmy, było zamykanie, na piętnaście minut przed stacją i otwieranie w kwadrans po ruszeniu, toalet. Jeżeli akurat pechowo trafiłeś na postój, który trwał dwadzieścia minut, rodziła się z tego godzina w cierpieniu.
Tak zdarzyło się nam w mieście Tajga. Ubikacje dawno zamknięte, ale jest rozwiązanie - nasz wagon zatrzymuje się na peronie wprost przed napisem „Płatne toalety”. Pociąg ma stać według rozkładu dwadzieścia pięć minut - na pewno zdążymy. Wyskakujemy i w pośpiechu schodzimy w kafelkowe sztolnie. Tymczasem w wagonie panika! Pociąg już rusza! Ma opóźnienie i przestanki są skracane. Wiesiu i Ania błagają „prowadnicę” aby wstrzymała pociąg. Radośni wychodzimy z toalety, a z otwartych jeszcze drzwi wagonu okrzyki i machanie „Szybciej! Szybciej! Pociąg odjeżdża!” Wskakujemy na stopnie, za nami wchodzi „prowadnica”, wciąga schodki i odjeżdżamy. A mogliśmy zostać w Tajdze!
Kolej transsyberyjska z Włochem Alberto i Czechem antyglobalistą.
Różnie spędza się czas w kolei transsyberyjskiej. Nam się nie nudziło w podróży. Nie zajmowaliśmy w czwórkę jednego przedziału, każda para jechała oddzielnie, mając rosyjskie towarzystwo; takie jedynie bilety w obie strony udało nam się kupić. Jak się okazało w praktyce, było to błogosławione rozwiązanie; nie męczyliśmy się razem dziesięć dni we wspólnym przedziale, tyle trwała nasza podróż z Gdańska nad Bajkał i z powrotem, a poza tym mieliśmy wiele okazji poznać Rosjan i do upadłego rozmawiać po rosyjsku.
W drodze nad Bajkał jechaliśmy pociągiem Moskwa – Władywostok o nazwie „Rosja”, który był klimatyzowany, niestety po jednym dniu w naszym wagonie urządzenie padło, ale świadczę, że w pozostałych działało, co sprawdziłam w drodze do wagonu restauracyjnego. W tej sytuacji mięliśmy okazję zaobserwować, jak brak klimatyzacji sprzyja kontaktom towarzyskim. Dlaczego? Z powodu gorąca nie dawało się wytrzymać w przedziałach, toteż pasażerowie spędzali czas na korytarzu w huraganowym przeciągu z otwartych okien. Kiedy tak stoi się obok siebie, obserwując widoki, nietrudno o kontakt. Rozmowy kończyły się zapraszaniem nas na kawę do przedziału, my z kolei organizowaliśmy u siebie wieczory muzyczne śpiewając wspólnie piosenki rosyjskie i polskie.
W kolei transsyberyjskiej można spotkać oryginałów z całego świata. Wracam z przechadzki po dworcu w Nowosybirsku a na moim miejscu siedzi jakiś facet. Na oko 60 lat, ze stroju trudno coś wywnioskować; jasne spodnie i biała koszulka polo. Obok niego na ławce dwie wielkie czarne torby zajmujące resztę wolnego miejsca, ale wiotkie, pustawe. Na korytarzu plastykowa, duża waliza, której nie udało mu się wtaszczyć na górną półkę. Dotychczas podróżowaliśmy bardzo wygodnie w trójkę czteroosobowym „kupe”. Spaliśmy na górze zgodnie z zakupionymi biletami, ale cały dzień urzędowaliśmy na dolnej wolnej „kojce”. Teraz na niej rozpierał się facet. „Gdzie pan jedzie?” - zaczynam rozmowę „Do Krasnojarska” czyli będzie z nami tylko wieczór i część nocy; jakoś wytrzymamy. Od słowa do słowa wyjaśniło się, że to Włoch, mieszkaniec Pizy, który podróż koleją transsyberyjską z Moskwy do Władywostoku podzielił na siedem odcinków: Moskwa, Swierdłowsk, Omsk, Perm, Nowosybirsk, Krasnojarsk, Ułan-Ude i Władywostok - jechał nocą a zwiedzał w dzień.
Ponieważ byliśmy rozgrzani wczorajszą niezwykle udaną imprezą muzyczną, Jarek zapytał go, czy zna jakieś włoskie pieśni. Alberto po prostu zaczerpnął powietrza i zaśpiewał dramatycznym tenorkiem klasyczny utwór „Santa Lucia”. Wieczór pieśni włoskiej się rozpoczął. A nie sądźcie, że Alberto czuł się onieśmielony w naszym zżytym przez dwie doby towarzystwem. Nic podobnego, niestrudzenie korygował naszą interpretację, pragnąc nadać jej neapolitański charakter, poprawiał błędy, doskonalił nasz akcent. Mieliśmy świetną zabawę; z żalem żegnaliśmy go w Krasnojarsku.
Dzień później pojawił się Czech z pochodzenia, obecnie obywatel Niemiec, antyglobalista, przeciwnik Internetu i telefonów komórkowych. Jechał on koleją transsyberyjską aby spotkać się z prostym rosyjskim człowiekiem. Niestety spędziliśmy razem tylko kilka nocnych godzin pomiędzy Irkuckiem i Sludianką i znajomość tak obiecująca nie miała szans się rozwinąć.
Sławne morze święty Bajkał.
Kiedy snuliśmy plany ambitnej wyprawy w dziewiczą przyrodę Rosji, żaden cel nie poruszył naszych serc tak jak Bajkał.
Nie chcieliśmy pływać kajakami po Bajkale, przecież to jezioro, prawie morze, wybieraliśmy się na spływ rzeką, jednak krótkiego rejsu wzdłuż brzegów Bajkału nie mogliśmy sobie odmówić.
Pomysł na Bajkał miałam taki: ze Sludianki przejedziemy około 40 km do wioski Utulik u ujściu rzeki Utulik i wrócimy kajakiem wzdłuż brzegu do Sludianki, z której wyruszymy już na właściwą wyprawę w górę Irkutu. Oczywiście Utulik pojawił się na mocy sentymentu, zobaczymy chociaż niewielki odcinek rzeki, którą pływali Tatiana i Tolik.
W Sludiance wysiedliśmy z kolei transsyberyjskiej nad ranem opóźnieni o godzinę. Na peron za nami wyszło pół wagonu; czy chcieli nas pożegnać, czy raczej kusiły ich słynne bajkalskie omule, sprzedawane dzień i nocą na peronach Sludianki; nie chcę rozstrzygać. O smaku wędzonych omuli współpasażerowie opowiadali nam legendy.
Ja już tego nie widziałam, bo pobiegłam do okienka informacji; przebłyskiwały mi w głowie wiadomości z przewodnika, że godziny odjazdu „krugobajkałki” są mało dostosowane do ruchu turystycznego: tylko o świcie i po południu. I rzeczywiście, pociąg do Utulika odjeżdża za dziesięć minut. Szukam pociągu – jest! Skoczyłam kupić bilety – już mam! Pędzę z powrotem do ekipy; Jarek wciąż żegna się z Rosjankami z wagonu, Ania kupuje omule, Wiesiu przymierza się do ładowania worów na wózek. „Za dziesięć minut odjeżdża pociąg do Utulika!” – komenderuję, podrywając całą ekipę. Biegniemy z wózkami w stronę peronu „elektriczki”. Już prawie jesteśmy, ale dzielą nas od pociągu dwie rampy i podwójne tory – nie przejedziemy. Maszynista i konduktorka z „krugobajkałki”, widząc, że spieszymy do nich, poganiają nas „Prędzej! Prędzej! Pociąg odjeżdża!” Dobre sobie, ale jak błyskawicznie przenieść te osiem worów na druga stronę? Jarek woła - „Ludzie pomóżcie!” Kilku mężczyzn rzuca się do pomocy i nadludzkim wysiłkiem wrzucamy wory do wagonu. Pani konduktorka zadowolona, że się powiodło – widzi , że jesteśmy turystami – nawet nie sprawdza nam biletów.
Kolejka jest czysta. Doskonale działa głośnik zapowiadający kolejne stacje. W czasie półgodzinnej podróży nieprzerwanie widać Bajkał. Obserwujemy brzeg, starając się zorientować, gdzie będziemy mogli założyć obóz w czasie powrotnego rejsu do Sludianki. Nie ma jeszcze szóstej, kiedy wysiadamy na malutkiej stacji kolejowej w Utuliku. Gdzie może być najlepszy biwak dla kajakarzy? Przecież nie na środku wsi! Jedziemy wózkami nad Utulik, stawiamy namioty i wypijamy zwycięską kawę nad rzeką.
Następnego dnia w gęstej mgle spływamy kilometr Utulikiem i w białym mleku, na zupełnie gładkiej wodzie ruszamy wzdłuż Bajkału. Nie tylko nie widać gór z przeciwległej strony, ale ledwo majaczą zarysy naszego brzegu. Co by było gdybyśmy odpłynęli za daleko i zgubili kierunek? Prowadzimy kajak na ledwo widoczne w „tumanie” skarpy półwyspów. Drogowskazem jest dla nas również stukot kolei transsyberyjskiej poprowadzonej wzdłuż brzegu. Jesteśmy nad Bajkałem i nie widzimy Bajkału. Na szczęście następnego dnia mgła się rozwiewa i mamy okazję sfotografować się na tle gór i skał otaczających Bajkał. Po południu dobijamy do Sludianki i popędzani żądzą przygody, wieczorem jeszcze tego samego dnia odjeżdżamy nad Irkut.
Wolę jedynki niż piątki.
Jadąc samochodem ze Sliudanki w górę Irkutu, około 200 km na zachód, obserwowałam jak góry stopniowo przybliżają się do rzeki i splecionej z nią drogi. Początkowo wyłaniały się na horyzoncie rozległej doliny, przed Mondami wyrastały stromo tuż za drogą i rzeką. Wieczorem stanęliśmy na biwak na łące nad Irkutem, nie dojeżdżając do Mond. Szczyty Tunkińskich Golców na tle ciemniejącego błękitu nieba wyglądały jak wycięte z czarnego papieru ostre trójkąty. Rzeka w tym miejscu rozdzielała się na dwie odnogi. Lewa, nad którą obozowaliśmy, pełna kamieni i mielizn, nie zapowiadała bystrzy za zakrętem. Nazajutrz, pod palącym słońcem, panowie złożyli kajaki, załadowali bagaże starannie zapakowane w wodoszczelne wory, założyli fartuchy i ruszyliśmy!
Natychmiast wchodzimy w bystry nurt. Kajak zalewany jest wałami wody. Całkowicie mokra już od pierwszej fali, oślepiona bałwanami nie widzę nie tylko wspaniałych widoków, ale i kamieni i bystrzy przede mną; wiosłuję na oślep, siedząc w wodzie po majtki. Od utraty ducha ratuje mnie przytomna myśl, że muszę walczyć aby wyjść z tego cało. Mało cieszy mnie przygoda!
Ocieramy się o kamień z prawej. Ku memu zaskoczeniu, (Czy jest to w ogóle możliwe, czy mnie się to może zdarzyć naprawdę?), kajak przechyla się powoli w lewo. Nachylam się w prawo aby zrównoważyć przechył. Wciąż nie wierzę, że może być źle. Może w ostatniej chwili się wyprostujemy? I tak zdumiona całkowicie, po raz pierwszy w życiu, znalazłam się raptem do góry nogami pod wodą uwięziona fartuchem w kajaku, płynącym w dół rwącą rzeką.
Pierwszy dzień spływu zakończył się szczęśliwie. Wiesiu z Anią przepłynęli bez awarii. My mimo wywrotki nie doznaliśmy żadnych strat. Pakowanie worów i ich mocowanie okazało się bardzo skuteczne. Chociaż wszyscy płynęliśmy na mokro, z wodą w kajaku, bagaże mięliśmy suche. Tu i ówdzie zamókł rękaw koszuli czy róg ręcznika, ale na biwaku wysuszyliśmy wszystko na prażącym słońcu. Po nas samych nie widać nawet śladów wywrotki.
Po kolacji oglądamy następny odcinek. Próg przed nami wygląda przerażająco, kipiel z ostrymi kamieniami. Trudno uwierzyć, że takie groty sterczące spod wody mogą przez wieki tkwić w progu obmywane rwącym prądem i nic nie stracić ze swojej spiczastości. Jeszcze wtedy nie wiemy, że jest to najtrudniejszy próg Irkutu „Skwiernyj” czyli „Wredny” - WWW4 czwarty stopień trudności w skali dla „bajdarek”. Jarek decyduje, że przejdziemy go na pustych kajakach aby jak najmniej ryzykować. Nie śpię pół nocy ze strachu. Wierzę w umiejętności i rozsądek Jarka, wycofać się nie mogę, kajak jest dwuosobowy, Jarek sam nie popłynie. Poza tym wiadomo, że musimy spróbować pierwsi. Moglibyśmy przenieść kajaki, ale takie danie tyłów nie przychodzi nam do głowy. Przyjechaliśmy nad Irkut, to musimy nim płynąć; nie będziemy przecież obnosić kajaków przez każdą trudniejszą przeszkodę.
Płyniemy. Wszystko rozgrywa się w sekundy i znów jesteśmy w wodzie. Nie wiem jak wypadam z kajaka, jak łapię się przewróconej łajby, nie pamiętam jak jestem z niej zerwana, jak przelatuję przez próg pełen bałwanów i ostrych kamieni i jak łapię się za kapok Jarka. Razem docieramy do brzegu. Stojąc już na płyciźnie, widzę jak kajak nadziany na głaz, zwija się w rogalik.
Wieczorem po katastrofie pod deszczem bębniącym o namiot zmagałam się z oceną tego co się zdarzyło. Kajak był roztrzaskany, mogłam odetchnąć z ulgą, że dalej nie popłyniemy. Do dzisiaj wierzyłam, że wystarczy wypełniać gorliwie polecenia Jarka ”Prawa! Lewa!”, a on tak pokieruje kajakiem, że się przebijemy. Myliłam się. Progi Irkutu przerastały nasze umiejętności, a „Skwiernyj” dowiódł tego ostatecznie. Przekonałam się co prawda, że nie każda wywrotka jest zagrożeniem mojego życia, ale nie chcę doświadczać więcej cudownych zbiegów okoliczności. Sądząc, że Irkut jest łatwą rzeką, przyjechaliśmy bez kasków Na szczęście mięliśmy kamizelki ratunkowe. Moja działała wyśmienicie i dzięki niej wylatywałam na powierzchnię wody bez świadomego działania. Jak przeturlałam się przez „Skwiernyj” świadczyły jedynie moje poobijane nogi i ręce.
Do licha, na rzekach wolę jedynki niż piątki i przekładam opalanie się z nogami na dziobie od fikołków w bałwanach.
Po dwóch dniach płynięcia Irkutem nasz kajak został połamany na progu „Skwiernyj”. Wiesiu z Anią sami nie będą sami kontynuować spływu. Pocieszając się, że nie wystraszyliśmy się „Skwiernego”, że jednak próbowaliśmy dać mu radę, kapitan Jarek przy kawie ze spirytusem zamknął spływ. Poszliśmy spać z siniakami na ciele i duszy.
Jak Wiesiu i Ania pokonali kanion Irkutu!
Następnego dnia odpoczywaliśmy po emocjach. Deszcz rozpadał się jak na zamówienie. Zaszyliśmy się w namiotach i oddaliśmy spaniu, rozmyślaniom, Jarek coś pisał w notesie, ja szyłam awaryjny plan wyprawy – co kto lubi. Wiesiu z Anią poszli po południu na spacer – bystrza Irkutu przyciągały nas jak magnes. Po powrocie z poważnymi minami oświadczyli – „Chcemy jutro przepłynąć dalszy odcinek – bramę kanionu i kanion”. Nie był to łatwy etap – szczególnie wejście do kanionu przerażało. Rzeka powyżej rozdzielała się na dwie odnogi, które walcząc ze sobą, usiłowały zmieścić się w wąskiej szczelinie, tworząc potężne wały i fale. Na dodatek lewe ramię waliło z wielką siłą prosto w strzelistą skałę i dopiero rozbijając się o nią, skręcało w gardziel kanionu.
Kanion wyglądał na stosunkowo prosty, ale po wpłynięciu trzeba go przebyć do końca, nie sposób wdrapać się z kajakiem na wysoką, stromą skałę. Asekuracja na wejściu wydawała się wątpliwa; jeżeli kajak by się wywrócił, osada musiałaby płynąć przy kajaku aż do wylotu kanionu, około 1000 metrów.
Ustaliliśmy taktykę oraz podział ról. Jarek ubezpiecza na wejściu w kanion. Potem ze złożonym wózkiem biegnie do łachy na końcu wąwozu i wynosi z Wiesiem kajak z wody na drogę. Ja robię zdjęcia.
Serce mi zamarło, kiedy patrzyłam, jak Wiesiu i Ania wchodzą w kanion, ale się udało. Byliśmy wszyscy nieziemsko szczęśliwi, kiedy z kajakiem na wózku wracaliśmy asfaltówką do obozu.
Tak zwycięsko zakończył się nasz spływ Irkutem!
Co lepsze? Katamarany czy pontony?
Po tygodniu obozowania w samotności pod Mondami zupełnie straciliśmy nadzieję, że ktokolwiek oprócz nas pływa Irkutem. A przecież w znalezionych tu i ówdzie informacjach mówiło się, że to popularna wśród początkujących rzeczka. Jaka była nasza radość, kiedy zauważyliśmy na brzegu namioty. Była to młodzież z miasta Ural na Uralu. Zaczynali właśnie spływ Irkutem na dwóch katamaranach: szóstce i dwójce. Spędziliśmy z nimi wieczór popijając wino i herbatę zbieraną na stokach Tunkińskich Golców. Następnego dnia ściskaliśmy kciuki za szczęśliwe przejście katów przez „Skwiernyj” i kanion. Ten sześcioosobowy przeleciał sprawnie, ale dwuosobowy jakby się zapadł w kipiel, po chwili wyskoczył z wody jak korek, zakręcił się tyłem do przodu i przeskoczył próg.
Przyglądaliśmy się ich katamaranom. To dzieła własnych rąk załogantów: cygara transportują ze sobą, stelaż montują na miejscu z przywiezionych stalowych elementów albo ze ściętych nad wodą drzew. Konstrukcja pokładu jest ażurowa, woda przepływa na przestrzał. Plecaki w foliowych workach należy po prostu przywiązać do belek. Wiosłuje się klęcząc w specjalnych strzemionach, siedząc okrakiem na zwiniętych w rolki karimatach. Wiosła to kij z piórem wyciętym z blachy, kamizelki ratunkowe sporządzone są z karimat, albo ze zwyczajnych kurtek z wszytymi kawałkami styropianu, kaski – budowlane. Entuzjazm do pływania wielki!
Po południu pojawiły się z nagła dwa pontony: niebieski i pomarańczowy z liczną załogą ale bez bagaży, które transportowano drogą. Łąka nad Irkutem rozkwitła barwami; pontoniarze wyglądali bardzo profesjonalnie i kolorowo, założyli na siebie wszystko co możliwe od stop do głów. Przybiegliśmy popatrzeć, jak pójdzie kolegom i zagadywaliśmy do nich, ale wodniacy, w większości dojrzali mężczyźni o marsowych minach, odpowiadali mrukliwie. Miałam wrażenie, że wykonują swoją robotę i nie chce im się strzępić języka na towarzyskie pogaduszki. Spływ wyglądał na komercyjny, a pośród załogi byli chyba zagraniczni turyści. Przepływanie „Skwiernego” odbyło się według planu; żadnego zamieszania, pokrzykiwania; każdy wiedział, co ma robić: kilka osób na asekuracji daleko poniżej progu, jedna kręciła film wideo na pamiątkę dla pasażerów. Spłynęli sprawnie, a wejścia do kanionu w ogóle nie ubezpieczali – wpłynęli w gardziel z biegu. I tyle ich widzieliśmy.
Spieszeni kajakarze w Tunkińskiej Dolinie.
Przed katastrofą miałam plan poznawania przyrody, kultury i ludzi Tunkińskiej Doliny, robiąc znad rzeki wypady do ciekawych zakątków opisanych w książce „Bajkał morze Syberii”. Teraz nie mogliśmy płynąć Irkutem, którego prąd uniósłby bez wysiłku, nasze, co tu ukrywać, wielkie bagaże. Byliśmy w sytuacji trudniejszej niż piesi turyści, bo sprzęt był za ciężki do dźwigania na większe odległości, nie przystosowany do noszenia na plecach, na dodatek mięliśmy jeszcze kajaki.
Wiesiu jednak proponował pozostawienie złożonych „bajdarek” „u chłopa” i ruszenie z namiotami i całą resztą w góry, zamieniając spływ kajakowy w górski obóz wędrowny. Nad nami wyrastały strome granie Tunkińskich Golców z najwyższym szczytem Munku-Sardyk 3491 m. Wiesiu nie mógł usiedzieć na miejscu i ustawicznie pokazywał palcem co bardziej strome, wbijające się w niebo szczyty jako cel naszej wspinaczki. Ja jednak oceniałam realnie możliwości naszego zespołu w wędrowaniu po górach z pełnym turystycznym obciążeniem, jak również wątpiłam w zakończenie takiej ekspedycji w dobrych humorach. Znacznie łatwiejsze będzie, uważałam, zakładanie baz „u chłopa” wydłuż drogi Mondy – Żemczug, etapami wracając w stronę Sludianki i robienie z nich jednodniowych wypadów z butelką wody i kanapkami w plecaczku.
Na pierwszy obóz wyznaczyłam miejsce naszego obecnego biwaku u „Skwiernego”. Uznaliśmy, że ponieważ przez trzy dni nikt się tu nie pojawił, to niewiele ryzykujemy opuszczając namioty na cały dzień, zabierając ze sobą to co najważniejsze: paszporty, pieniądze i bilety. Możemy zrobić wyprawę do Mond, potem spacer w górę Irkutu, trzeciego dnia obejrzymy kanion i progi poniżej. Zgodziliśmy się, że jednego dnia Wiesiu będzie przewodnikiem ekspedycji na wybraną przez siebie górę.
Po czterech dniach przeniesiemy się 50 kilometrów bliżej Sludianki do wsi Turan. Stąd poprowadzę wycieczkę do kurortu Niłowa Pustelnia, a jeżeli starczy nam sił, do świętego miejsca szamanistów i lamaistów na piaszczystą górę Burchan-Babaj i dalej do jurty-muzeum w Chojto-Goł. Z Turanu możemy się też wybrać do Kyrenu stolicy Tunkińskiej Doliny aby zwiedzić dacan czyli lamajską świątynię.
Ostatni skok wykonamy do wsi Żemczug, kolejne 50 km w kierunku Sliudianki. Stamtąd wyruszymy na trzy dni do kurortu Arszan. Obejrzymy dwanaście wodospadów na strumieniu Kyngarga i zdobędziemy Pik Liubwi.(2200 m) W Żemczugu jesteśmy już umówieni na drogę powrotną do Sludianki z kierowcą, który dowiózł nas w górę Irkutu. Mieliśmy co prawda pierwotnie dopłynąć tutaj rzeką, natomiast teraz jako spieszeni kajakarze dojedziemy drogą na „poputnych maszynach” tj. „okazją”.
Spytacie, czy plan tak ambitny udało nam się zrealizować?
Dola spieszonych kajakarzy okazała się niełatwa; korzystaliśmy z miejscowych środków transportu i jeździliśmy czym się dało, pokonywaliśmy w żarze wielkie odległości na piechotę. W dniu wycieczki do Niłowej Pustelni przeszliśmy 20 km i to w jakim celu? Aby zwiedzić muzeum w jurcie w wiosce Chojto – Goł, miejscu na końcu świata.
Konieczność pozostawienia namiotów i kajaków w obejściu pod opieką, jak również poruszanie się autostopem za pieniądze, wymusiło częste kontakty z tubylcami, którym zawsze byliśmy chętni, ale w tej sytuacji stały się niezbędne.
Mimo prześladującego nas żalu z powodu rozbitego kajaka i tego że w sumie pływaliśmy tylko pięć dni: dwa nad Bajkałem i trzy Irkutem, piesza część wyprawy nas zachwyciła. Zrealizowaliśmy prawie wszystkie pomysły i codziennie rozsypywał się worek z przygodami.
Ci wspaniali mężczyźni na swych mechanicznych koniach czyli droga Siudianka – Mondy.
Droga Sludianka – Mondy to trasa, którą dostaniesz się z Bajkału do Tunkińskiej Doliny i dalej do przejścia granicznego z Mongolią. Tutaj rządzą mężczyźni za kierownicami swoich maszyn. Rzecz w tym, że autobusów w Tunkińskiej Dolinie chodzi kilka na dzień. Tubylcy więc zabierają się „poputnymi maszynami”. Stają przy drodze, machają ręką, a jeżeli samochód się zatrzyma, uzgadniają z kierowca cenę i albo jadą albo zostają na szosie. Nam było i tak łatwiej dzięki większym możliwościom finansowym, lecz z drugiej strony niektórzy kierowcy widząc obcokrajowców, próbowali zdzierać z nas skórę. Oprócz tego pomiędzy wioskami chodzą „marszrutki”, ale zasad i godzin ich odjazdów nie udało mi się rozszyfrować.
Ach, romantyka „poputnych maszyn”! Zawodowi kierowcy z reguły wstawieni, pracują w nieodległych Sajanach w kopalniach złota. Pasażerowie powszechnie podróżują na skrzyniach razem z ładunkiem. Znane nam europejskie standardy pakowności nie mają tutaj żadnego zastosowania; wejdzie tyle osób ilu jest chętnych. Dodatkowe trudności stwarzają stada krów a gdzieniegdzie i konie, które zachowują się tak jakby były równoprawnymi uczestnikami ruchu. Bydło przemieszcza się środkiem drogi, nie reagując na klaksony i zmuszając kierowców do zwolnienia i wymijania. Kolejna osobliwością jest spora ilość japońskich samochodów z kierownicą po prawej stronie przystosowanych do ruchu lewostronnego. Jeżdżenie takim autem w ruchu prawostronnym wymaga iście cyrkowych umiejętności.
Jechaliśmy „poputnymi maszynami” za darmo, za polski grosz a i drogo też się zdarzyło. Bywało, że rozstawaliśmy się z kierowcami w braterskiej miłości a bywało, że w gniewie. Przytrafiło się nam zmieścić w dziewięć osób w szoferce Kamaza. Kolejny odcinek przejechaliśmy w Moskwiczu pick-up, zamknięci na głucho, bez światła i powietrza. Tył samochodu został całkowicie wypełniony naszymi bagażami, dla nas ledwo starczyło miejsca. Na koniec kierowca wcisnął pomiędzy sufit, wory i nasze głowy kosę; wskutek czego podróż stała się nie tylko mało komfortowa ale i niebezpieczna.
Pewnego razu wracając z wycieczki do Kyrenu na biwak w Turanie, zgodziliśmy się nieroztropnie na podwiezienie nas do połowy trasy i pozostawienie przy pustej, wieczorową porą, drodze. Samochodów jeździło mało, na dodatek żaden się nie zatrzymał. Wyznaczyliśmy sobie termin, że czekamy przy szosie do dziewiątej, a potem szukamy noclegu w pobliskich chałupach. Za pięć dziewiąta zatrzymał się kierowca, który twardo powiedział: „Sto rubli od każdego albo jadę dalej a o tej porze nikt was nie zabierze”. Wybraliśmy nasze śpiwory w namiotach nad kolejną przygodę, która już czekała na wyciągnięcie ręki w pobliskim gospodarstwie. To było najdroższe 30 kilometrów na naszej wyprawie.
Odtąd śpiąc w namiocie przy szosie wsłuchiwaliśmy się z przyjemnością w odgłosy przejeżdżających samochodów – im ich więcej tym pewniejsza dalsza droga.
Mieszkaliśmy u szamana.
Przenosząc naszą bazę z Mond do Turanu, zabraliśmy się „poputną maszyną” i wysiedliśmy na skraju wsi pod tablicą z napisem TURAN, bo nic mądrzejszego nie przyszło nam do głowy. Panowie zostawili mnie i Anię wraz z bagażami w cieniu nad Irkutem i poszli szukać gospodarstwa na biwak. Pierwszy dom był opuszczony, w drugim same dzieci, udało się w trzecim – gospodyni się zgodziła. Jedziemy w skwarze wózkami z bagażami te 500 metrów na podwórko. Naprzeciw nam wychodzi wysoki, szczupły, starszy Buriat (na razie dla nas to wielka egzotyka, po kilku dniach się przyzwyczaimy) - pijany, bez przednich zębów, w rozchełstanej koszuli, na bosaka, bełkocze coś niezrozumiale i chce nam pomóc: to wpadnie pod kółka, to złapie za pasy worów o mało co nie wywracając wózka, to obłapi z nadmiaru serdeczności mnie czy Anię. Chwilę później okazuje się, że to mąż bardzo spokojnej, dystyngowanej, przystojnej Buriatki, nauczycielki miejscowej szkoły na emeryturze.
Dom jest drewniany z czterospadowym dachem. Przy domu porośnięte trawą podwórko, ze studnią i letnim piecem. Rozbijamy namioty pod płotem. Spragnieni, pijemy wodę ze studni. Nagle dopada do nas Buriat, wyrywa kubki z rąk, wylewa wodę i krzyczy, że gości wita się w domu mlekiem. Ho! Ho!, myślę sobie, będziemy może nie w jurcie ale w chacie u buriackiej rodziny; w końcu przy żonie nie zje naszej czwórki na obiad. Wchodzimy: wpierw ganek, dalej kuchnia, gospodarze pokazują nam również olbrzymi kwadratowy pokój z piecem pośrodku, podzielony tylko zasłonami na części: lewą męską i prawą kobiecą. Sprzęty najpotrzebniejsze i wysłużone, ale czysto. (Nazajutrz gospodarz, w rewanżu, przeszedł na czworakach na przestrzał namiot Wiesia i Ani, z ciekawością przyglądając się wyposażeniu). Po obejrzeniu domu, Buriat siłą sadza nas przy stole i częstuje, robiąc przy tym dużo krzyku i nieporządku: świeżym mlekiem krowim, potem kozim, dalej kefirem, twarogiem ze śmietaną, masłem, chlebem, czeremchą i konfiturami z borówek. Wszystko pyszne, własnej roboty. Życie zmusza ich do samowystarczalności. Kupują w sklepie wyłącznie mąkę, cukier i sól. Na koniec wypiliśmy kilka kubków herbaty z mlekiem. W czasie posiłku pojawia się córka gospodarzy urocza i zgrabna Darima z prześliczną córeczką Julią. Wieczorem znów jesteśmy zaproszeni i tak się ciągnie przez cztery dni aż do naszego wyjazdu. Pierwszego dnia żona na stronie wyjaśnia nam, że mąż trochę wypił, ale jutro będzie już zdrowy. Jednak w stanie męża nie było większych zmian. Następnego dnia był jakby bardziej trzeźwy, ale trzeciego znów wstawiony. Pracował niewiele, ustępował wyraźnie żonie wykształceniem. Mimo tego jego zachowanie traktowane było z wyrozumiałością, a on sam cieszył się szacunkiem i posłuchem domowników. Jarek uznał, że jest to przykład patriarchatu panującego u Buriatów – chłop chociaż pijany, głupi i leniwy pozostaje zawsze głową rodziny. Zgodziłam się z nim.
W przeddzień odjazdu gospodyni zaproponowała nam pomoc w transporcie do zaplanowanej ostatniej bazy, do Żemczuga. Plan był koronkowy a zasadzał się na pomyśle, że znajomy kierowca ma przywieźć drugą wnuczkę do babci, a w powrotnej drodze odwiózłby nas na miejsce. Nazajutrz zjedliśmy śniadanie, złożyliśmy namioty i czekamy. U Buriatów się nie spieszy... Zostaliśmy zaproszeni na śniadanie, potem przewróciliśmy siano. Samochód wciąż nie przyjeżdżał. Przenieśliśmy się na ganeczek. Do gospodarzy przyszedł jakiś człowiek – Buriat. Gospodyni Zoja wyjaśniła nam półgłosem, że jest to pastuch, który prosi męża aby odprawił modły do osiemnastu bogów gór za pomyślność jego bydła. Dlaczego właśnie męża? Okazuje się, że jest szamanem; jako dziecko towarzyszył on dziadkowi w odprawianiu modlitw, zapamiętał zaklęcia i teraz ludzie z całej okolicy zwracają się do niego o pośredniczenie w rozmowach z duchami. Zostaliśmy zaproszeni na ceremonię. Dawniej pewnie szaman zakładał na taką uroczystość specjalny strój, teraz gospodarz przepasał się tylko grubym skórzanym pasem, ale czuło się, że sczerniały rzemień jest symbolem pełnienia kapłańskich funkcji. Nasz szaman miał wydzielone miejsce na obrzędy, zakątek ogródka, gdzie w wiaderku wiszącym na płocie zostały zapalone dymiące się gałązki. Do uroczystości potrzebna była również butelka wódki. Twarze mieliśmy skierowane na południe. Gospodarz modlił się głośno i długo po buriacku i na koniec każdej sekwencji bryzgał wódką na cztery strony świata. Słońce paliło mocno, jak codziennie w ostatnich dniach i po modłach do dwóch bogów zostaliśmy na szczęście zwolnieni przez gospodynię z dalszego udziału w obrzędzie. Modlitwa trwała około godziny. Usiedliśmy w cieniu na ganku, gdzie nie krępując nikogo mogliśmy przyglądać się życiu mieszkańców.
Koło pierwszej przyjechał wyczekiwany przez nas samochód, ale to nie oznaczało, że jedziemy. Gości należało zaprosić do domu, napoić, nakarmić, porozmawiać. Przybył kolejny Buriat. Gospodarz zaczął szykować się do drogi. Z pastwiska zostały przyprowadzone dwa konie, osiodłano je, zawieszono juki, w juki włożono suchary i do kulbaki przytroczono przeciwdeszczową kurtkę. Gospodarz okręcił nogi onucami, założył wysokie buty. Widząc nasze zainteresowanie, żona wytłumaczyła, że do męża przybył posłaniec od chorego daleko w górach z prośbą aby przyjechał odegnać modlitwami chorobę. Nasz kierowca daje nam wreszcie znak aby ładować bagaże. Żegnamy się serdecznie z gościnną buriacką rodziną. Mieszkaliśmy u szamana, po tym odkryciu patrzyliśmy zupełnie inaczej na jego niewątpliwe uzależnienie od alkoholu.
Czas kończyć a przecież przygód mięliśmy tyle, że opisanie ich wszystkich zajęłoby mi jeszcze raz tyle miejsca.
Ekipa spisała się na piątkę: przeleciała próg „Skwiernyj” (2 osoby), przepłynęła kanion (2 osoby) i zdobyła Pik Liubwi (2 osoby). Tylko jednego pomysłu nie udało się nam zrealizować – kąpieli w wodospadach strumienia Kyngarga. Woda była tak piekielnie zimna, że kiedy zanurzyłam nogi z krzykiem wyskoczyłam.
Ta wyprawa przebiła wszystkie poprzednie: płynęliśmy Bajkałem i Irkutem, wędrowaliśmy po górach, smakowaliśmy życia rosyjskiego kurortu. Wróciliśmy oczarowani Buriacją.
Spływ w pigułce.
Długość trasy:
~40 km wzdłuż brzegu Bajkału od wsi Utulik do miasteczka Sludianka
~5 km rzeką Irkut od wsi Mondy za kanion spływ
przerwany z powodu
zniszczenia kajaka na progu „Skwiernyj” czyli „Wredny”
Dojazd:
koleją transsyberyjską do miasteczka Sludianka nad Bajkałem, Gdańsk
Sludianka 5 dni pociągiem w jedną stronę,
dalej do wsi Utulik lokalnym pociągiem „krugobajkałką”,
ze Sludianki do Mond w górę Irkutu 200 km – samochodem,
z powrotem tak samo granice
przekraczaliśmy z pieczątkami AB w paszporcie
Koszt:
500$ na osobę:
350$ pociąg Gdańsk – Sludianka i z powrotem, bilety na kolej
transsyberyjską w czteroosobowym przedziale sypialnym kupowane w Rosji
50 $ transport samochodowy, np. za transport ze Sludianki do Mond dla 4 osób z
całym bagażem zapłaciliśmy 2500 rubli czyli 82$
100$ jedzenie i pozostałe koszty.
Potrzebne
umiejętności:
doświadczenie w pływaniu po górskich rzekach.
bardzo przydatna znajomość rosyjskiego
Trudności:
Bajkał – jeżeli nie ma wiatru, trasa łatwa
Irkut – rzeka górska, WWW 3-4
Potrzebne
wyposażenie:
składane kajaki z fartuchami składane wózki,
wodoszczelne wory, kamizelki ratunkowe, kaski, rzutki,
Dodatkowe
informacje:
opis trasy po rosyjsku można przeczytać na następujących stronach
http://www.lib.ru/TURIZM/altasay.txt
http://express.irk.ru:8100/tour/tur/vod/bb.htm
http://www.baikal.irkutsk.ru/cgi-bin/statya.pl?razdel=tury&nomer=07.txt